Tym razem "terenowymi badaniami nad unijną emigracją" zajęli się socjologowie z Centrum Doradztwa Strategicznego, którzy doradzają samorządom i innym instytucjom publicznym w Polsce. I rysuje się z nich obrazek, który ciężko nazwać optymistycznym z polskiego punktu widzenia.
Statystyka jest nieubłagana - brytyjskie ministerstwo edukacji odnotowało, że liczba polskich dzieci w angielskich szkołach wzrosła w ostatnim roku o 10%. Polski urząd statystyczny policzył, że od końca 2008 roku wróciło 60 tysięcy Polaków, z których jedna trzecia od razu ustawiła się w kolejce do zasiłku dla bezrobotnych. Dodatkowo rzeka emigracyjnych pieniędzy zaczęła wysychać i w poprzednim roku transfer pieniędzy spadł o 25% w porównaniu do roku 2008.
Socjologowie wyruszyli więc na Wyspy, na Małopolskę i Dolny Śląsk, aby dokładniej zbadać zachowania i odczucia emigrantów. Głównym wnioskiem badań jest fakt, że emigranci nie chcą wracać, bo nie mają do czego. Chociaż czują się związani z Polski, swoje potrzeby emocjonalne zaspokajają w małych polskich gettach: polskich parafiach, portalach, gazetach, sklepach czy klubach. I oczywiście poprzez nieśmiertelną antenę telewizyjną Polsatu. Niewielu spośród badanych miało konkretne plany powrotu do Polski, z konkretnymi pomysłami na przyszłe życie. Takie osoby z reguły pracują poniżej swojego wykształcenia, aby zebrać fundusze na własną działalność gospodarczą w kraju. Według badań, aż jedna osoba na dziesięć zakłada swój własny biznes po powrocie.
Emigranci nie chcą wracać głównie z powodów ekonomicznych - proste prace zapewniają lepsze życie, niż bardziej prestiżowe prace w Polsce. Drugą stroną medalu jest fakt, że im dłużej się mieszka za granicą, pierwotne plany i zamierzenia co raz bardziej się zacierają, a i motywacja jest co raz mniejsza. Po paru latach co raz ciężej jest oszczędzać pensy czy centy tylko po to, aby w odległym (a często wirtualnym) domu na podłodze był parkiet. A dodatkowo nadszedł kryzys i cały misterny plan oszczędzania często musiał zostać odłożony na później. A powrót do Polski bez oszczędności to przyznanie się do porażki, więc nie wchodzi w rachubę.
Z powyższego wynika, że zapowiadana wielka fala powrotów to prędzej mrzonka, niż rzeczywistość. Nikt się do Polski z powrotami nie śpieszy.