Witam!
Jestem Polka, urodzona w Warszawie. Ponad 6 lat przezylam w Afryce, ponad 10 w USA. W 1997 r. wrocilam do kraju gdzie urodzili sie moi synowie. 11 lutego 2007 r. zostali porwani przez ojca do Niemiec, do Bavarii. Dzieki pomocy sedziego Kuziaka z Ministerstwa Sprawiedliwosci (wydzialu spraw zagranicznych), Pani Mecenas reprezentujacej mnie w Polsce, Pana Konsula M. Mayera z Konsulatu Rzeczypospolitej Polskiej w Monachium i Pana Mecenasa W. Lederera udalo mi sie udowodnic porwanie. Po 7 miesiacach - mimo apelacji - Sad Najwyzszy w Norynberdze ( Ten sam Sad...) zdecydowal, zgodnie z Konwencja Haska, o powrocie dzieci do domu, do Polski.
Chlopcy mieli wtedy 4 i 8 lat. Zabroniono Im mowic po Polsku, starszy byl kilkakrotnie bity przez tate, powiedziano Im, ze nie wroca wiecej do kraju, do mamy. Mnie pozwolono Ich zobaczyc pierwszy raz w niemieckim sadzie po 76 dniach od porwania.
Wedlug informacji, jakie uzyskalam od Pana Konsula, w tym czasie na terenie poludniowych Niemiec opiekowal sie 209 polskimi matkami, ktore zostaly zamkniete do wiezienia za usilowanie wywiezienia z powrotem do Polski swoich dzieci. Dlatego mnie kazal czekac na wyrok.
Po powrocie tata chlopcow nie dal nam spokojnie zyc. Nachodzil dzieci w szkole, robil awantury dyrekcji, nie dopuscil do I Komunii Sw. starszego syna( Ksiadz Proboszcz bal sie Jego zachowania). Nie placil na utrzymanie chlopcow, pozbawil nas domu, zabral mi samochod, za ktory dostal 30 000 euro. Po ponad roku zycia w ciaglym stresie, ciagle bez decyzji sadu wyjechalam z kraju. Chlopcy, podobnie jak ja, swietnie mowia po angielsku; ucza sie kolejnych jezykow. Rok pozniej Sad Najwyzszy w Dublinie zajal sie nami - znowu w oparciu o Konwencje Haska. Tym razem nie bylo mnie stac na pomoc prawna. Oczekiwano 10 000 euro na poczatek. Sad Najwyzszy zdecydowal o powrocie dzieci do Polski. W maju 2010 ukazal sie o nas artykul w "The Irish Times".
Dzieci skonczyly rok szkolny w Warszawie i ponownie wyjechalam. Sad rodzinny nie byl w stanie nic zdecydowac w pol roku.
Po trzech latach w sadach, po trzech latach zapewniania chlopcow, ze nie beda musieli wrocic do Niemiec, jestem zmeczona. Ale obiecalam Im, ze znajde bezpieczne miejsce, gdzie znowu poczujemy sie, jak w Domu.
Mysle, ze dlatego zdecydowalam sie na ten list. Nigdy wczesniej nie prosilam o pomoc. Musze gdzies zaczac od nowa - od pracy, szkoly, domu... Moze taka pomoc jest mozliwa. Po dwuch latach mam wreszcie paszporty.
Mam tez sile i mozliwosci, zeby to wszystko opisac.
Pozdrawiam goraco!
Ewa