Czy w Londynie jeździ się bezpiecznie? Mój kuzyn jest święcie przekonany, że nie. Trafiła mu się swego czasu przejażdżka ze mną na trasie Victoria Coach Station - Holloway stwierdził, ze ludzie jeżdżą strasznie agresywnie i wręcz chamsko. Powiedzmy sobie szczerze, ze trochę się przestraszył po drodze. Inna sprawa, ze na samym początku trafił mu się odcinek śmierci: - Hyde Park Corner - Park Lane- Marble Arch - Edgwere Road. A jest to trasa gdzie naprawdę panuje wolna amerykanka i nie radzę zdawać tam prawa jazdy: dwa duże ronda, gdzie wyznaczone pasy są raczej dla ozdoby, a i tak potrafią się nagle skończyć, do tego autobusy włączające się do ruchu i szybkie samochody z kierowcami żądającymi adrenaliny. Można się przerazić, szczególnie gdy się siedzi obok kierowcy. Z drugiej strony - nikt tu się nie ściga golfem czy oplem sprzed dwudziestu lat, co jest nagminnym sportem w Polsce.
Myślę, że dla wszystkich wielopasmowe ronda są wyzwanie; zarówno fizycznym, jak i mentalnym. Z drugiej strony, ponieważ prędkości na rondach sa minimalne - ciężko na nich o wypadek. W najgorszym wypadku kończy się na hamulcach i klaksonie. Oraz paru przekleństwach, gdy ktoś zupełnie nagle wymusi pierwszeństwo. W konkurencji wymuszania pierwszeństwa bezapelacyjnymi zwycięzcami są czarni cabiarze (cab - londyńska taksówka o charakterystycznym kształcie). Zaraz za nimi plasują się białe vany budowlańców (często polskich albo rumuńskich) oraz duże samochody z napędem 4x4. Naprawdę nie polecam nikomu widoku zderzaka w bocznej szybie na wysokości swojej głowy, gdyż mama odwożąca dzieciaki śpieszy się do szkoły.
Niewątpliwie jazda po Londynie potrafi dostarczyć przeżyć. Pamiętam, gdy po raz pierwszy przyjechałem do Londynu samochodem i musiałem się przepchać przez cale miasto to zajęło mi to trzy godziny. Po zaparkowaniu samochodu przed domem - został tam przez pół roku, bo się po prostu balem wyjechać. Z czasem przekonałem się jednak, ze nie jest tak źle, gdyż obowiązuje jedna niepisana zasada - cokolwiek się dzieje, nie dopuścić do wypadku. Nawet mała stłuczka to dużo więcej problemów i straty czasu, niż ewentualnych zysków z wyklepanego błotnika. Stąd polska rozrywka pod tytułem szukanie jelenia na stłuczkę jest czymś zupełnie egzotycznym. Ale też można zostać otrąbionym tylko dla zwrócenia uwagi przy włączaniu się do ruchu.
Niestety - niepisana zasada o unikaniu wypadków ma swoje i ciemne strony. Po pierwsze - tzw. lemingi, czyli osoby przechodzące ulicę w dowolnym miejscu. Nie ma powodu do wysiłku fizycznego albo umysłowego, jeśli wiadomo, że samochód zawsze się zatrzyma. Zdecydowanie jednak gorszą sprawą jest zawracanie na pięć albo siedem razy na samym środku głównej ulicy. Szczególnie celują w tym kierowcy mini-cabów (mini cab = normalny samochód świadczący usługi taksówkowe, teoretycznie wzywany tylko przez telefon). Na szczęście dzięki ostatnim regulacjom mini-caby mają przyklejone specjalne nalepki w kolorze biało-niebieskim.
Na szczęście, gdyż o ile tak bardzo jak narzekam na czarnych cabiarzy albo na białe vany, to właśnie mini-caby w weekendowe wieczory robią z londyńskich ulic piekło. Szczególnie, że policjantów z drogówki wtedy nie uświadczysz nigdzie. Kierowca mini-cabu jest w stanie zrobić na drodze dowolną najbardziej idiotyczną rzecz jaką można sobie wyobrazić. Zwłaszcza, że duża ich część to świeży import z Pakistanu i Angoli, więc nie znają Londynu wcale! Nie przeszkadza im to jednak jeździć szybko i ostro, starając się oszczędzić każdą sekundę i "przeskoczyć" każde żółte światło. Stąd, gdy tylko widzę biało-niebieską naklejkę na samochodzie, od razu podejrzewam, że kierowca jest nieprzewidywalny i trzeba wziąć poprawkę na jego zachowanie. Dobrze, że mój kuzyn nigdy nie doświadczył sobotnich wyczynów minicabów - wtedy byłby zupełnie przekonany, że po Londynie jeżdżą sami wariaci i samobójcy.
Więc jak się jeździ po Londynie? Tak między nami mówiąc - wcale się nie jeździ - z reguły się stoi. I słucha radia.