Wielkie religie świata – futbol

Moim zdaniem piłka nożna powinna być zaliczona do wielkich religii świata. I nawet brak wielkiej księgi mądrości temu nie przeszkadza – może w czasie nowych mediów pisane słowo jest zbyteczne? A może złote wieki tej religii są jeszcze przed nią?

Na pewno mieliśmy już coś na kształt średniowiecza – futbol wywoływał wojny i konflikty na skalę międzynarodową. Na przykład słynna Wojna Futbolowa, o której pisał Kapuściński. Ale też i na poziomie plemion potrafiło wrzeć i to bardzo mocno.

Zacznijmy może od tego, że religia ta zwykła być bardzo podzielona. Każdy region miał swój zbór – stadion, gdzie grali miejscowi chłopcy. Z czasem stadion się rozrastał, przybywało wiernych i lokalny zbór zyskiwał sławę. Powstał system regularnych spotkań, który promuje boskich pośredników lepiej kopiących piłkę, ale to czasem miało i ma niewielkie znaczenie. Na przykład taki Newcastle United – silna grupa wiernych, a pośrednicy niczego wielkiego nie dokonali.

Na stadiony chodziło się tak zwanymi rodzinami. Tak zwanymi, bo rodzina ograniczała się zwykle tylko do jej męskiej części. Może dlatego, że nieodłączną częścią wyjścia na stadion był ówczesny sklep z płynnymi dewocjonaliami, zwany też pubem. Po spotkaniu można było postawić pintę ubłoconemu bohaterowi meczu. Wspomnijmy George’a Besta – częstego bohatera meczu, któremu piwo często można było postawić i nigdy nie odmawiał.

Przechodząc do doświadczeń mistycznych - istotnymi w pierwszych dekadach religii były deszcz i błoto. Wprowadzały one elementy fatum i szczęścia oraz powodowały liczne jęki zawodu. Piłkarze ślizgali się po błocie razem z piłką, mokre rękawice bramkarzy traciły przyczepność, a i sama futbolówka potrafiła stanąć w kałuży metr od bramkowej linii. Warunki atmosferyczne dotykały także kibiców, którzy podczas deszczu tonęli w błocie, gdyż ziemne stadiony nie oferowały niczego poza miejscem do stania. A ponieważ stojącego miejsca zawsze było dużo, to na wielkie święto futbolu: mecz Manchester City – Stoke City (1934) potrafiło przyjść nawet 85 tysięcy wiernych.

Ale wracając do początku, czyli wielkich średniowiecznych wojen religijnych. Wierni nie mogą stać bezczynnie – śpiewy, klaskanie, tupanie, meksykańskie fale. Cały obrządek religijny. Czasem jednak boscy pośrednicy dostawali w tyłek, a i wierni z innego plemienia śpiewali heretyckie piosenki. Wtedy trzeba było przejść do nauki bezpośredniej – za pomocą ręki i czegokolwiek pod tą ręką było. A ponieważ puste pole do walki akurat się rozpościerało pomiędzy plemionami w postaci boiska to spektakularne bitwy były czasem ważniejsze od części sportowej. Musiał interweniować rząd brytyjski – miejsca stojące zostały zakazane, wierni odgrodzeni od siebie i murawy. [Muszę przyznać, że mieszkając zaraz koło stadionu „załapałem” się swego czasu na bitwę pomiędzy plemionami. Było na co popatrzeć, szczególnie, że policja używała naprawdę ogromnych wierzchowców. To była chyba ostatnia bitwa o której mówili w telewizji]

A teraz? Teraz zrobiło się już spokojniej. Na stadion nie można wnieść butelki i parę innych rzeczy, a za wstanie z miejsca można na Old Trafford nawet stracić karnet Manchester United. Swoją drogą – roczny karnet – zrobił się najbardziej pożądanym amuletem. Na listę oczekujących na roczny karnet ojciec zapisuje syna zaraz po urodzeniu. Ale to nie wystarcza, gdyż należy się wykazać religijnym zaangażowaniem w postaci zakupionych biletów, zarówno z lokalnych jak i wyjazdowych meczów.

Drugim bardzo ważnym elementem jest strój drużyny. Przy tej okazji da się zaobserwować rozwarstwienie majątkowe wśród wiernych - biedniejsi i mniej skłonni do poświęceń zadowalają się szalikiem. Bardziej zasobni noszą koszulkę sprzed paru sezonów, a najbardziej wierni i najbogatsi posiadają dwa kompletne stroje plemienne (domowy i wyjazdowy) - razem z kurtką i czapką. Ponieważ trzeba Ci wiedzieć drogi czytelniku, że futbol - jak każda inna porządna religia - jest w stanie wyprodukować niezliczoną ilość dewocjonaliów, zwanych też gadżetami. Ale od pewnego czasu najważniejsza jest coroczna zmiana plemiennego stroju ceremonialnego, aby wierni mogli odbyć pielgrzymkę do klubowego sklepiku i zaopatrzyć się w nieodzowne odzienie.

No i wierni plemion się już zupełnie przemieszali: londyńczycy twardo obstający za FC Liverpool i brystolczycy wyznający Arsenal. Nie ma już „naszych” boskich chłopców. Są tylko chłopcy, których akurat kupiliśmy. Ale może to i dobrze, przynajmniej nie ma się o co bić tak bardzo.

Patrząc trochę z boku - futbol wydaje się właśnie wchodzić w swoją złotą erę. Deszcz i błoto - jedne z pierwotnych elementów religii zostały odrzucone jako nieczyste. Najpierw pewien Niemiec - Adolf Dassler – postanowił zepsuć trochę zabawę i skonstruował buty z kolcami. W międzyczasie pojawiły się także zadaszone trybuny, a ostatnio nawet zasuwane dachy, aby murawa i piłkarze nie zmokli przez przypadek.

Ale przy okazji - futbol tak bardzo wypiękniał! Cristiano Ronaldo częściej pozuje na reklamach i pierwszych stronach magazynów niż strzela gola. [Beckham to inna historia - on jest piłkarzem tylko na papierku] Telewizja pokazuje idealnie przystrzyżone murawy o soczystym zielonym kolorze. Kaznodzieje, zwani trenerami, często siedzą przy boisku w krawacie, aby zaraz po meczu wygłosić krótką homilię do telewidzów. Codzienna prasa poświęca całe stronice meczom i pozaboiskowym wydarzeniom, potrafiąc codziennie(!) napisać coś nowego o plemiennych problemach. Boscy pośrednicy zostali ustawieni na wysokich piedestałach i powoli stają się niedostępni dla zwykłych śmiertelników.

Sami przyznajcie - czy futbol nie jest niesamowitą religią?

tak sobie

od niedzieli w Austrii działa religia?Futbol ma zasady jaśniejsze od każdej religii. Sportowa rywalizacja czasem trochę nadszarpywana.
Ale wypraw krzyżowych,palenia czarownic,sprzeczności zasadniczych nie ma.Nie ma sukienek z I wieku i/ale czegoś brakuje.
HK