Po raz pierwszy od wielu lat spędziłem święta wielkanocne w Polsce. W tym roku wypadły niesamowicie wcześnie, bo zaraz po pierwszym dniu wiosny. Ale kto się mógł spodziewać, że będzie tak śnieżnie i zimno? Na szczęście wziąłem swoje najcieplejsze buty, sweter i płaszcz, więc mogłem się cieszyć zimową pogodą. Choć oczywiście dojście do kościoła poprzez rozjechane śnieżne błocko nie należało do najprzyjemniejszych. Drogowcom chyba się skończyły pieniądze na akcję zima 2007/2008. Albo jak zwykle zostali zaskoczeni.
Ale do rzeczy - podczas lektury świeżej polskiej prasy przeczytałem, że posłowie będą wnioskować o ustanowienie dnia Trzech Króli (Objawienia Pańskiego) dniem wolnym o pracy. Podobno zwyczajowo było tak do lat sześćdziesiątych, kiedy to wredni komuniści go znieśli. I tak przy okazji zastanawiam się jak to jest - w laickiej Wielkiej Brytanii Wielki Piątek jest dniem wolnym, natomiast w Polsce - nie. Co więcej pierwsze ustawy o brytyjskich dniach wolnych nawet nie wspominały o Wielkim Piątku, bo było oczywiste, że jest dniem wolnym. I zawsze mnie zastanawiało dlaczego dzień świętego Szczepana Męczennika jest dniem wolnym, a dzień Tego, który był przyczyną męczeństwa – już nie. Oczywiście Wniebowzięcie NMP także jest istotniejsze w polskiej kulturze katolickiej, ale tutaj to się już nie dziwię.
Oczywiście Wielki Piątek po polsku to jest teoretyczny dzień pracy, gdyż duża większość sklepów i punktów usługowych jest zamykana wcześniej. A i urzędy zamykają po cichu swoje drzwi, tak, że o drugiej można prędzej spotkać mokre podłogi i panią z wiaderkiem niż urzędnika. Takie polskie życiowe podejście do życia.
Wielka Sobota przyniosła także swojskie obrazki. Między innymi wracał pan z działki, na której najprawdopodobniej czyścił szkło, bo co innego można robić na działce pokrytej śniegiem? Podczas wsiadania do autobusu zgubił wiaderko i cały autobus czekał, aż to wiaderko znajdzie i z nim wsiądzie. Trochę walki było, ale w końcu się udało.
Tego samego dnia w raczej pustawym sklepie pewnemu klientowi się bardzo śpieszyło. Spodziewam się, że do piwa. W każdym bądź razie podczas samego wchodzenia do sklepu trzy razy wylądował na moich placach. Jak tylko było trochę miejsca to szybko go przepuściłem, aby potrącał innych.
Popychanie innych wydaje się być pewnego rodzaju sportem. Nawet – a może szczególnie – podczas rozdawania komunii świętej. Patrząc na prawie żołnierski porządek podczas komunii w mojej angielskiej parafii, to łatwo można odnieść wrażenie, że Polacy zachowują się jak baranki. I to bynajmniej nie młode. Staliśmy z wózkiem na samym przodzie, bo w polskich kościołach to już klasyka – dziki tłum po chórem, a dużo powietrza z przodu. Ale jak przyszło do komunii to ledwo uszliśmy z życiem. Musieliśmy trochę wózkiem pomanewrować, aby zrobić przejście, co zajęło trochę czasu. Ale tylko dzięki mojej posturze udało mi się uchronić rodzinę przed komunijną hordę, która musi dostać komunię natychmiast! I wytłumacz tu ludziom, że Bóg jest wieczny i poczeka na nich te dwie sekundy.
Mogę też czule powspominać organistę, który ma niesamowity talent. Potrafi każdą chwalebną i pozytywną pieśń wielkanocną przerobić na marsz pogrzebowy. Zaiste wielka to sztuka.
Ksiądz proboszcz podczas niedzielnej mszy wyraził ubolewanie, ze pomimo wywieszonego planu, podczas czuwania przy Grobie Pańskim potrafiło być tylko parę osób. Plan był rozpisany według ulic. Okazuje się, ze parafia to nie wspólnota wspólnot tylko zbiór ulic. Już widzę jak dwie sąsiadki toczące dwudziestoletni spór o jabłonkę organizują razem czuwanie. W normalnych parafiach czuwania organizują wspólnoty: oaza, neokatechumenat, duszpasterstwo młodych czy szkół średnich. A nie przypadkowy zbiór ludzi z ulicy.
Samo miejsce czuwania przy grobie nie zachęcało do żadnego dłuższego pobytu czy modlitwy. Dwa klęczniki z samego przodu, a potem ławki, w których ciężko było usiąść, a o klękaniu można było tylko pomarzyć - między innymi dlatego, że nie miały klęczników. Cała podłoga była zresztą kamienna, więc szybka modlitwa była bardzo popularna. Znam jeden kościół w Londynie, który ma podobne problemy, a jednak tam znaleziono rozwiązanie. Jest cały pokój na zapleczu z używanymi poduszkami kanapowymi, których używa się podczas adoracji zarówno do klęczenia, jak i siedzenia.
Inną sprawą była adoracja krzyża. Wyglądała ona bardzo tradycyjnie (włączając kolejkę): pocałunek, szmatka, pieniążek do koszyka pod krzyżem. To się chyba nazywa sprzedaż wiązana.
Ale były tez i pozytywne elementy - wydaje się, ze parafialni księża są świadomi społecznej rolli kościoła. Na przykład, na głównej tablicy ogłoszeń wisi ogromny plakat o prewencyjnym badaniu piersi u kobiet. Parafia zorganizowała także świetlicę, gdzie są organizowane zajęcia dla dzieci, między innymi - język angielski. Szkoda, że nie ma grup zabaw dla najmłodszych z mamami, takich jakie się odbywają praktycznie w każdej angielskiej parafii, czy to anglikańskiej, katolickiej czy metodystów. Podobno polskie prawo nie przewiduje takiej formy opieki na dzieckiem, w co nie chce mi się wierzyć. Pewnie problemem byłoby tylko znalezienie chętnego do organizacji takich spotkań.
A więc tak mi minęły święta. Szczerze mówiąc – w przyszłym roku raczej nie wybiorę się do Polski na Wielkanoc. Nie czuję jakoś potrzeby.
[Zupełnie na marginesie - w drugi dzień świąt był czytany list profesora rektora KULu, w który stwierdzał, że kuratela Kościoła nad uniwersytetem zapewnia utrzymanie wysokich standardów. Jakoś ta opieka nie działa w przypadku mediów, a i na polu akademickim zaliczyła spektakularne wpadki - Paetz i seminarium w St. Poelten]
Nie porownuj kosciola w
Nie porownuj kosciola w polskiej wiosce do Londynu.
W wioskach to wlasnie ulica stanowi jakas tam mini wspolnote.
To sa ludzie ktorzy widza sie codzinnie idac do sklepu, przychodni, pracy.
Wg mnie jak najbardziej ma sens zeby ich jednoczyc przy oltarzu.
Nie specjalnie widze tu nienormalnosc.
Dla mnie swieta w Polsce to glownie spotkanie z rodzina, starymi znajomymi.
A nie tylko kosciol i warunki pogodowe.
Szkoda ze tego zolnierskiego porzadku o ktorym piszesz nie widac tu przy wchodzeniu, wychodzeniu z metra.
Gdy pewna masa krytyczna zostanie przekroczona zaczyna sie przepychanie i rozpychanie i chamstwo niestety...
Ludzie w duzym skupisku wlasnie tak zaczynaja sie zachowywac.
I nie ma znaczenia czy jest to kosciol czy metro.
A co do Wielkiego Piatku to w Polsce sa swieta dniami wolnym.
Dni ktore sie swietuje. Trudno swietowac smierc...
Świętowanie śmierci
"Trudno swietowac smierc..."
Jasne, że trudno, ale to jest właśnie chyba kwintesencja Wielkiej Nocy?
"Wg mnie jak najbardziej ma sens zeby ich jednoczyc przy oltarzu."
Oczywiście, że ma sens. Tylko, że nie robi się tego w ten sam sposób co sprzątanie kościoła. Sprzątanie można urządzić w ten sposób: "W tym tygodniu sprząta ulica X" Ale jeśli powiesz, że pomiędzy drugą a trzecią adorację przygotuje ulica Y, to nie będzie działać. Wspólna modlitwa to nie sprzątanie.
która noc "ważniejsza"?
A ja myślałem, że kwintesencją Wielkiej Nocy jest Wielka Noc, czyli noc Zmartwychwstania... A poza tym jeśli ktoś chce spotkać Boga to się spotka niezależnie od okoliczności. Choć zgadzam się, że niektóre "wizualne" aspekty bardzo pomagają (lub przeszkadzają). Mi na przykład w Londynie bardzo brakuje sacrum w tutejszych kościołach. Bardziej to przypomina masowe zaliczanie nabożeństw niż w nich uczestnictwo. Poza tym jeśli mowa o tzw. wspólnotach to tutaj jest nawet gorzej. Co tak na prawdę nas łączy? We własnej "wiosce" zadajemy się z kim chcemy, należymy do wspólnot do których chcemy itd. Na wyjeździe spotykamy cały przekrój społeczeństwa w jednym miejscu i dopiero tutaj uwypuklają się animozje, zakompleksienia i uprzedzenia a wszystko oczywiście w kościele, a najlepiej we wzorowej kolejce do komunii... Tęskni mi się za cichym wielkim gabarytowo kościołem Dominikanów, z ich scholą, która potrafiła prostym śpiewem a capella sprawić, że jakoś łatwiej było klękać na kamiennej posadzce...