System edukacji: Anglia kontra Polska - runda I

Moim skromnym zdaniem wokół polskiej i angielskiej edukacji narosło parę mitów, z którymi ciężko walczyć, gdyż czasem służą do budowania własnej dumy narodowej. Według zgryźliwych cyników nazywa się to leczeniem kompleksów.

Zacznijmy może od artykułu z Daily Mail opisującego Aleksandra - chłopca, który porzucił szkołę angielską i wrócił do Polski, aby tam kontynuować naukę. Wydarzenie niewątpliwie interesujące i pokazujące parę faktów.

Daily Mail publikując ten artykuł chciał udowodnić, że angielski system szkolnictwa jest gorszy od polskiego i tym samym zmusić brytyjskich decydentów do działania. Na wszelki wypadek nie pokusił się o analizę sytuacji (bo kogo z czytelników Daily Mail to interesuje?) i zapytał się Olka o powody. Okazało się, że Olkowi nie pasował styl angielskiego nauczania i powszechny brak „górnolotnych" zainteresowań. Więc oprócz samego systemu edukacyjnego o którym trochę niżej, był także problem natury społecznej – po prostu Aleksander tam po prostu nie pasował. Podobnie jak i brytyjski nastolatek miałby wielkie szanse nie pasować do liceum Batorego albo liceum w Staszowie.

Brytyjski styl nauczania jest inny. Aleksander podsumował go tak: "angielska szkoła ocenia wysiłek, a nie samą wiedzę". Niewątpliwie coś w tym jest i wrócę do tego w następnym wpisie. Istnieje jednak także druga strona angielskiego systemu edukacji – prawie od samego początku są przeprowadzane egzaminy. Prawdziwy wyścig zaczyna się bardzo wcześnie - w niektórych szkołach pierwsze rozmowy kwalifikacyjne są przeprowadzane w wieku lat czterech. Tak wczesne sito powoduje tylko pogłębianie się różnic, gdyż ciężko później trafić z gorszej szkoły do lepszej. Biorąc jeszcze pod uwagę wpływ kalendarza na wyniki szkolne – przepis na porażkę jest praktycznie gotowy.

Angielska szkoła Olka broni się, twierdząc że mają bardzo dobre wyniki i są jedną z najlepszych szkół w okręgu. I może rzeczywiście nie muszą mieć wyrzutów sumienia? Z roku na rok, angielskie egzaminy państwowe mają niższy poziom wymagań, więc statystycznie wszystko się poprawia. Dodatkowo, państwowa szkoła angielska nie ma wielkiego wpływu na to kto będzie się tam uczył. Ponieważ klasa średnia nie ma wysokiego zdania o państwowych szkołach (o powody nietrudno), swoje dzieci wysyłają do szkół prywatnych. Co tylko pogłębia rozwarstwienie edukacyjne i praktycznie kółko się zamyka.

Z mojego punktu widzenia interesująca jest sprawa podejścia rodziców. Oboje – według artykułu – są lekarzami i, sądząc po wieku dziecka, raczej doświadczonymi. Ciężko więc ich nie zaszufladkować do klasy średniej. Okazuje się jednak, że rodziców nie stać na decyzję o opłaceniu dobrej szkoły. Lepszym rozwiązaniem jest wysłanie syna do dziadków – czyżby decyzja o emigracji nie była do końca przemyślana? Bo chyba nie jest tak, że pieniądze przesłoniły sens istnienia rodziny? W polskich gazetach można było przeczytać artykuły o porzucanych dzieciach emigrantów, czyżby to było kolejne z nich?

Artykuł z Daily Mail dał także Polakom powód do dumy albo samozadowolenia, iż polski system edukacyjny jest o wiele lepszy. Ja jednak nie jestem aż tak bardzo przekonany, a szczególnie nie przekonuje mnie ten artykuł, który był pierwszostronicową ciekawostką – niczym więcej.

Tyle w części pierwszej – ciąg dalszy nastąpi.