Przeciwko abolicji

Jestem przeciwnikiem abolicji podatkowej, co czasem wywołuje zdziwienie, więc postaram się pokrótce przedstawić swoje argumenty przeciwko.

Z punktu widzenia zasad, jestem przeciwko jakiekolwiek abolicji. Każda abolicja psuje prawo i powoduje spadek zaufania do niego. Przekaz społeczny abolicji jest taki: "Zawsze można jakieś prawo odkręcić". Skoro każdą rzecz można cofnąć, to czemu akurat nie jeszcze jedną? Abolicja podatkowa może być pierwszym królikiem w australijskim ogrodzie.

Abolicja podatkowa może przynieść jeszcze jeden efekt społeczny, szczególnie jeśli będzie na rękę jakiemuś politykowi. Może być elementem dzielącym - szczególnie poszkodowani będą osoby, które podatek zapłaciły. Ale też ludzie w kraju mogą się zastanawiać, dlaczego tym "milionom" ludzi, którzy wyjechali podarowano podatek, a im nie? I dlaczego oni muszą więcej płacić, bo inni nie zapłacili. Populizm? Jak najbardziej, ale wcale nie będę zdziwiony, jeśli ktoś zacznie grać tą kartą.

Opisywane powyżej argumenty są w swojej naturze przypuszczające, nie będące pewnikiem. Dla mnie, o wiele ważniejszym jest cel abolicji podatkowej. Wiele osób przedstawia abolicję jako "przecięcie wrzodu", wyrównanie sprawiedliwości. Jak dla mnie to jest tynkowanie starej tapety na murze z grzybem. Starymi tapetami są tu ustawy, dzięki którym cała sytuacja mogła zaistnieć. Grzybem jest zachowanie się polskiego rządu i instytucji mu podległych .

Najpierw o tapetach. Tutaj przede wszystkim wychodzi ustawa o podatku dochodowym, która nie dopuszcza odliczania obowiązkowych składek zdrowotnych z innych krajów. Na zdrowy rozum jest to sprzeczne z prawem unijnym, ale jakoś nikt nawet nie starał się tego wyprostować. Ja jestem świadomy, że w momencie przystąpienia do Uni było 70 tys aktów prawnych do przeglądnięcia, ale my w Unii jesteśmy od dobrych trzech lat! Nie wspomnę już, że prawo do odliczeń powinno dotyczyć wszystkich krajów na świecie, gdyż składka zdrowotna jest de facto podatkiem.

Druga śmierdząca tapeta to sławetne "centrum interesów życiowych", które w polskiej świadomości prawnej czy społecznej w ogóle nie istnieje. "Centrum interesów życiowych" jest pojęciem miękkim, z całą drabinką elementów decydujących, gdzie na zupełnie samiutkim dole jest zameldowanie. Jednak polskie powszechne (urzędnicze także!) myślenie cały czas opierają się na przestarzałym prawie meldunkowym, dzięki któremu każda rozmowa może stać się zupełnie bezsensowna. Moim zdaniem, urząd skarbowy powinien opracować spójny dokument z jasnymi kryteriami co decyduje o "centrum interesów życiowych" - od najbardziej prostych przykładów, typu "bezrobotny" zarejestrowany w Polsce, po bardziej skomplikowane typu ojciec rodziny ściągający rodzinę. Jak długo według rządu trzeba mieszkać w jakimś kraju, aby jego centrum tam się znajdowało? 183 dni w roku, 10 lat, umrzeć na emigracji? Zawsze będą sytuacje, które podlegają indywidualnego podejścia, ale w końcu zrobi się jaśniej. Ale tu nie o to chodzi w tej grze.

I tu dochodzimy to grzyba. Kwestiami podatkowymi w Polsce rządzi strach. Zupełnie kafkowski, umiejętnie podsycany strach. Z jednej strony - zainwestujcie swoje pieniądze w Polsce, a z drugiej - przemycona informacja urzędy ścigają podatki do sześciu lat wstecz. Z jednej strony minister zwiększy dzienne diety za pracę za granicą (bo to łatwiej, niż pomyśleć o legislacji), a z drugiej strony - publikacja w gazetach, że urzędy skarbowe Unii wymieniają się danymi i wszystko można sprawdzić. (Już kiedyś żartowałem, że każdy kto tylko trochę mówi po angielsku wyemigrował, więc nie wiem, kto te dane potrafi czytać, ale to inna sprawa.)

I tak cały czas. Dochodzi do tego, że Polacy pracujący na Wyspach boją się kupować nieruchomości w Polsce! Hiszpanie czy Irlandczycy się nie boją, bo im polski fiskus jest obojętny, ale Polakom - nie! Ostatnio miałem też raczej ostrą dyskusję z parą, która każdy mój argument kwitowała - "ty nie znasz polskiej skarbówki". Wykształceni Polacy, mieszkający w Londynie od trzech lat - boją się jakiegokolwiek działania finansowego w Polsce, bo fiskus przyuważy. Inny, bardzo mało śmieszny przykład. Jeden z dużych tygodników skontaktował się ze mną, że szukają ludzi, którzy wrócili z Wysp i otworzyli swój interes w Polsce. Znałem dwie takie osoby - obie niezależnie odmówiły rozmowy, gdyż zainwestowały znaczne pieniądze i boją się polskich urzędów.

Podsumowując - abolicja podatkowa to ładna droga na skróty, a nie zmierzenie się z prawdziwymi problemami. Czy abolicja poprawi samopoczucie Polaków na Wyspach? Możliwe. Czy zmieni cokolwiek, aby Polacy chcieli wrócić do kraju? Moim zdaniem - nie.

Odpowiedzi

Jestem za a nawet

Jestem za a nawet przeciw!

Po pierwsze należałoby uściślić definicje. Jak dotąd nie ma pojęcia "sensu stricte" abolicji podatkowej jeśli chodzi o osoby fizyczne. Wydaje się, że jest to jeden z chwytliwych sloganów ostatnich miesięcy. Abolicja podatkowa istnieje w odniesieniu do przedsiębiorstw (osób prawnych) i jest praktykowana w celach neutralizacji szarej strefy. Przedsiębiorca przyznaje się, że ma zaległości a fiskus mu umarza część podatku (lub cały) jaki musiałby płacić, gdyby wykazywał przychody.
Efekt mizerny, ja osobiście optowałbym za obniżeniem podatków i uproszczeniem systemu podatkowego. Patrz:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Krzywa_Laffera

W przypadku osób fizycznych, a więc większości z nas, mowa jest o umorzeniu podatku naliczonego z zastosowaniem wadliwego systemu, który działa na niekorzyść "obywatela" płacącego już podatki naliczone w innym kraju. Obydwa kraje są częścią większej wspólnoty jaką jest Unia Europejska. Obydwa kraje dobrowolnie zgodziły się na uczestnictwo w systemie jakim jest UE i zgodziły się przestrzegać zasady tego sytemu, zmieniając lub ratyfikując swoje systemy, aby uniknąć w/w wad.
Mamy więc do czynienia z jednej strony z wadą, którą trzeba naprawić a z drugiej strony z opieszałością w podjęciu jakichkolwiek zmian wynikających ze zobowiązań.
Nie ma więc mowy o lawinowym darowaniu wszystkiego i wszystkim. Nie ma też mowy o "cofaniu", tylko o pójściu naprzód i raczej naprawianiu (dostosowywaniu co powinno być już dostosowane) niż zmienianiu "reguł gry".

Zgadzam się co do wprowadzenia jednolitej wykładni prawa dla każdej jednostki Urzędu Skarbowego. Pozwoliłoby to uniknąć sytuacji gdzie pani Krysia decyduje czy mam zapłacić np. 15.000 PLN podatku czy nie.

Co do doświadczeń z nieubłaganym łapskiem fiskusa i nieuzasadnionym strachem przed nim. Niestety jest tak, że jeszcze długo będzie pokutować w urzędnikach w Polsce zasada "to kogo dziś usadzimy". Przeciętny człowiek się poddaje i nawet nie próbuje walczyć. Ten bardziej "oblatany" może próbować walczyć, uzasadniać, sądzić się, łącznie ze Strasburgiem. Tylko czy o to w tym chodzi i czy każdy ma czas na to wszystko?? Są tacy co zapłacili i chwała im za to. Nie umniejszą to jednak faktu, że system działa wadliwe. Jeśli kupisz zepsutą rzecz w sklepie idziesz i wymieniasz lub sprzedawca zobowiązany jest do rekompensaty. Jeśli sędzia orzeka wadliwy wyrok, nawet z najlepszym zamiarem, osoba niesprawiedliwie oskarżona może liczyć na odszkodowanie. Tutaj jest tak samo. Nie tylko prawo powinno umożliwić płacenie podatku w jednej lokalizacji (centrum, jak zwał tak zwał), ale również powinno być jasne zdeklarowane, że wszyscy, którzy zapłacili wadliwie naliczony (należałoby też się zapytać kto go naliczał?) podatek mogą liczyć na rekompensatę czyli zwrot.
"Prawo jest dla człowieka a nie człowiek dla prawa", jeśli jest ono złe to trzeba je zmienić a nie tłumaczyć, że "zawsze można jakieś prawo okręcić".
Jedyny problem jaki widzę jest taki, że poziom demokracji oraz poziom "elit" politycznych w naszym kraju nie pozwala na zauważenie tego problemu, nie mówiąc już o zburzeniu ściany razem ze śmierdząca tapetą, grzybem i zbudowanie nowej mniej wadliwej struktury.

Prawo, ale jakie to bylo

Prawo, ale jakie to bylo prawo?

Zgadzam sie z Waszymi spostrzezeniami i wnioskami. Dodam tylko jedna sprawe. Piszesz:

Przekaz społeczny abolicji jest taki: "Zawsze można jakieś prawo okręcić".

Tylko co to bylo za prawo? Chce sie dowiedziec wiec czytam, i co znajduje:

Opinie RPO J. Kochanowskiego (za Rzp 16.08.07):

.. Rzecznik praw obywatelskich, według którego obowiązująca do 31 grudnia 2006 r. metoda opodatkowania w kraju dochodów brytyjskich była niezgodna z konstytucyjną zasadą równości wobec prawa (art. 32). - Tylko zaniechanie poboru podatku dochodowego od brytyjskich dochodów sprzed 2007 r. mogłoby to naprawić - uważa Janusz Kochanowski.

Tymczasem dzis w art. z wyborczej Ministerstwo Finansow stwierdza (tu jednak 'anonimowo') - ze abolicji byc nie moze bo 'lamie konstytucje'.

Widac wiec ze dotykamy tu spraw podstawowych... Bez ich rozstrzygniecia trudno byc za czy przeciw abolicji z powodow innych niz osobiste przekonania / sytuacja.

Dla równowagi - długi, ale

Dla równowagi - długi, ale warty przeczytania wywód zwolennika abolicji:

http://www.plinuk.net/forum/viewtopic.php?t=207

I jescze jedna sprawa,

I jescze jedna sprawa, podsumowanie. Ja nie wiem czy abolicja jest zgodna z konstytucja, czy nie. Czy jest, jak piszesz, psuciem prawa, czy wrecz przeciwnie.

Wiem natomiast ze abolicja dla osob fizycznych byla calkiem niedawno przez MF zastosowana - patrz Dz.U. 2006 nr 183 poz. 1359

Wiec.. Podsumowujac. Jest powiedzenie, jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o... pieniadze. W tym przypadku o zarobione czesto ciezka praca na obczyznie, i tam opodatkowane, nasze pieniadze.. Nie traccie tego prostego faktu z oczu w swoich dociekaniach.