Piękni dwudziestoletni z lotniska

Mój wielkanocny weekend zaczął się interesująco, gdyż na lotnisku dane mi było po(d)słuchać rozmowy dwóch dwudziestoparoletnich ludzi z Podkarpacia, którzy opowiadali o swoich losach.

Obydwaj wyjechali dwa lata temu; jeden z nich z Przemyśla, gdzie nie było żadnej pracy. Drugi natomiast z Rzeszowa, gdzie zbankrutował sklep, w którym pracował. Ich zdaniem teraz nie ma problemu z pracą i w każdej chwili mogliby wrócić, ale mają za dobre układy w Anglii, aby wyjeżdżać. Jeden z nich pracuje jako koniuszy w dużej stajni wyścigowej, zwiedził razem z końmi praktycznie całą Wielką Brytanię i Irlandię. Jako część uposażenia dostał miejsce do spania i jedzenie, więc praktycznie nie musi się o nic martwić. Przy okazji zaprzyjaźnił się z szefem pobliskiego pubu, więc w wolnych chwilach pracuje tam w kuchni i jako „złota rączka”. A ponieważ jest znany w wiosce to czasem niańczy dzieci i pielęgnuje ogrody. Przypatrując się z boku, to chłopak naprawdę musi mieć końskie zdrowie.

Drugi chłopak także pracuje długie godziny i stwierdził, że nie cierpi wolnych dni. Ponieważ nie pije, to dni bez pracy są nudne. Trochę to smutne, że ludzie potrafią patrzeć na świat tylko przez pryzmat pracy. Z drugiej jednak strony obydwaj planują powrót, gdy odłożą trochę grosza. I temu planowi podporządkowują prawie wszystko – według ich własnych słów: harują długie godziny i tracą zdrowie na tym zdrowie. Zgodnie też stwierdzili, że gdyby nie mieli w planie wrócić to ich życie na Wyspach wyglądałoby inaczej – spokojniej i bez zarzynania się. Jak dla mnie cała ta rozmowa była budująca o tyle, że goście byli świadomi swojej sytuacji, a jednocześnie konsekwentni w realizacji swoich planów. I to właśnie tak bardzo imponuje Brytyjczykom – pracowitość i wytrwałość. Ja mam tylko nadzieję, że chłopaki będą dalej mieć te cechy po powrocie do Polski.

Podczas rozmowy wyszła też historia dwóch kobiet porzuconych koło Slough przez polską grupę naciągaczy. Jeden z chłopaków spotkał je zapłakane w jakimś sklepie. Oczywiście były bez pieniędzy, gdyż wszystko zabrał kierowca, który zabrał je niby do miejsca gdzie miały mieszkać i pracować. I jak łatwo jest przewidzieć - wszystko okazało się fikcją. Kobiety były załamane, gdyż zainwestowały całe swoje oszczędności, a jedna z nich zostawiła także w Polsce swoje dzieci. „I co kurwa miałem zrobić? Trzeba było im pomóc!” Chłopak się trochę nimi zaopiekował i zawiózł kobiety do jakiegoś tam miejsca. Po czym rozmowa oczywiście potoczyła się w kierunku złorzeczeń na polskie draństwo i okropną naiwność przyjeżdżających. Ponieważ akurat ostatnio zdarzyło się to i w mojej rodzinie, to byłbym skłonny pod wieloma ich wypowiedziami się podpisać. No, może bym wykreślił niecenzuralne słowa.

Ale w całej tej historyjce chciałem pokazać, że Polacy naprawdę sobie pomagają. Wbrew temu, o czym tak głośno potrafią rozprawiać Polacy w kraju. Może po prostu Polacy oczekują zbyt dużo od swojej rodziny i znajomych? Więcej niż oni są w stanie zaoferować i dać? Ale też jest druga strona medalu – istnieją Polacy, którzy bezlitośnie wykorzystują trudną sytuację innych. Przy okazji krzywdzą bardziej niż potrafią to sobie wyobrazić. I niestety niewiele można zrobić oprócz powtarzania bez przerwy, że nie należy płacić za pracę, a zorganizowanym miejscom zamieszkania należy się dobrze przyjrzeć.

A ja mam tylko przekonanie, że większość wśród emigracji stanowią tacy piękni dwudziestoletni z lotniska. Ciężko pracujący, mający plany i pomagający innym, gdy zajdzie potrzeba.