A, taka drobna nostalgia mnie złapała – jesienna albo zimowa tęsknota przyszła znienacka. A wszystko dzięki radiowej „Trójce”, która obchodziła „Dzień Bieszczadzkich Aniołów" - dzień sympatyków pewnego festiwalu w pewnej malutkiej wiosce w nie największych górach. W radio można było posłuchać entuzjastycznych głosów młodych organizatorów i pomocników. Były one także pełne uwielbienia dla pomysłodawcy i twórcy tegoż festiwalu - Starszego Dobrego Małżonka – Krzysztofa Myszkowskiego.
Pierwsza moja myśl była taka: „To on jeszcze śpiewa?” I przypomniał mi się jakiś zakręt polnej drogi, gdzie po raz pierwszy usłyszałem o „ziemi toczącej swój garb”. Jakieś dwadzieścia lat temu. I pamiętam, że przez cały dzień nuciłem tę piosenkę oczywiście nie wiedząc nic ani o autorze słów, ani o autorze melodii.
Wtedy także poznałem prawdziwą Siłę Gitary. Każdy trochę tę gitarę ćwiczył, trochę lepiej albo trochę gorzej – pętla C-dur, a-moll, d-moll i G-dur stanowiła podstawę naszych ćwiczeń, więc repertuar był raczej ograniczony. SDM diametralnie podnosiło poprzeczkę sztuki gitarowej – wszystko było w okolicach G-dur, C-dur i F-dur, a chwyt barowy nie był dla każdego, o nie!. Grajek potrafiący zagrać „Opadły mgły” albo „Jak” nie mógł się opędzić od chętnych do śpiewania. Jeśli jednak potrafił zagrać i zaśpiewać o tym, że jest się „włóczęgą i niespokojnym duchem, który zaprasza na wrzosowisko" – był lokalnym bogiem. Bez dwóch zdań.
Z rozczuleniem wspominam podstawę naszego budowania kultu - śpiewniki: grube zeszyty, przepisywane czasami po nocach, z wklejkami, notatkami i... powtórzonymi tekstami!. Mój pewnie gdzieś się kurzy na dnie szafy – przynajmniej mam taką nadzieję. I oczywiście dwie pierwsze płyty (czytaj kasety) SDM – traktowane z nabożną czcią.
Swego rodzaju ciekawostką jest sposób w jaki SDM zawładnął dorobkiem Stachury. Może ktoś jeszcze będzie kojarzył Jacka Różańskiego z jego „Białą lokomotywą” i „Ty i ja, teatry to są dwa”, ale na przykład Annę Chodakowską z jej „Mszą wędrującego”? Już nie wspomnę, że próba śpiewania piosenek Stachury z oryginalną melodią napisaną przez Niego kończy się z reguły dziwną rozmową, że nie są to prawidłowe melodie. Zostaje mi tylko ich nucenie pod nosem (w łazience, bo Małżowinka także ich nie lubi.)
Ale trzeba przyznać, że wykrzesać takie ładne melodie na sześciu akordach to jest sztuka i pod tym względem chylę przed Myszkowskim czoła. Ale jednocześnie nie mogę wyjść ze zdumienia, że nagrał i napisał piosenkę „Jestem żarówką setką”. Na mojej bardzo prywatnej liście najgłupszych piosenek zajmuje ona poczesne pierwsze miejsce. Taki los bohaterów.
Myszkowski śpiewa dalej, więc i chyba mi przyjdzie wyciągnąć gitarę wieczorem i zaśpiewać kawałek innego klasyka gatunku – „Słodkiego całusa od Buby”:
Gdy mnie dzisiaj ze snu budzi
dziecka płacz, a żona nęka,
Podziękować chcę Stachurze
i... Krzysiowi Myszkowskiemu
Ale my juz starzy jestesmy:)
Ale my juz starzy jestesmy:)
My jesteśmy...
... ale Myszkowski ciągle młody :)