W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku słychać było w Polsce narzekania i jęki, że Balcerowicz wraz z jego kapitalizmem zabili porządne zakłady pacy. A porządny zakład pracy oferował wycieczki do lasu, przedszkole, zebrania ideologiczne, pochody pierwszomajowe, goździki na Dzień Kobiet i oczywiście paczki świąteczne. Dodatkowo niektóre przedsiębiorstwa oferowały kolonie dla dzieci pracowników i wczasy! Jak pięknie i dobrze się nam żyło w socjalizmie.
Ale nie wszystko stracone! I w zgniłym kapitaliźmie można pracować w „porządnym” przedsiębiorstwie. Siłownia, wyjazdy integracyjne czy pracownicze wyjścia do restauracji i knajp są w dużych korporacjach normą. Ale można na tym nie poprzestawać.
Patrząc z perspektywy czasu – czasem myślę, że pracowałem w socjalistycznej kapitalistycznej korporacji. Na przykład, firma oferowała darmową, świetnie wyposażoną siłownię, a w niej – dodatkowe zajęcia za darmo, ręczniki w dowolnej ilości, a czasem rozdawano i koszulki. W męskiej przebieralni znajdowały się jednorazowe maszynki do golenia, szczoteczki i nitki do zębów oraz nawilżające kremy (w damskiej nie byłem). Przy wejściu stały lodówki z całym zestawem soków owocowych oraz duża machina do wyciskania soku ze świeżych pomarańczy. Rano w siłowni serwowano także posiłek regeneracyjny – mleko, jogurt, płatki śniadaniowe plus sałatka owocowa.
W londyńskim nowiutkim budynku z wielkim szklanym atrium było bodajże dwanaście dobrze wyposażonych kuchni. W lodówkach napoje, włącznie z najbardziej popularnym – Red Bullem. Oczywiście była także zakładowa kantyna – kafeteria, ale większość wybierała pobliskie puby. Budynek miał własną antenę komórkową i każdy dostawał komórkę, z której można było dzwonić używając krótkich wewnętrznych numerów. Otrzymanie laptopa (albo komputera stacjonarnego) do domu nie było wielkim problem, a firma umożliwiała łatwy dostęp do internetu poprzez własny numer dostępowy. Firma także płaciła za instalację szybkiego internetu (ISDN, potem ADSL) i sam internet, jeśli pracownik musiał być dostępny po godzinach pracy.
Nie pamiętam czy w Londynie, ale na pewno w kwaterze głównej było przedszkole, własny oddział bankowy i wakacyjne obozy dla dzieci pracowników.
Pełen socjalizm. Także z drugim dnem.
Co pół roku odbywało się ocenianie współpracowników. Długa ankieta z punktami i słownymi ocenami, która służyła do układania rankingu. Ranking układali szefowie – dlatego nie było bardzo aż tak ważne jaki szef jest na co dzień, jak zarządza zespołem. Istotne było czy ma dar przekonywania czyli czy dobrze się kłóci. I czy potrafi dobrze wykorzystać „haki” z ankiet, aby wypromować swoich ludzi poprzez pognębienie innych. Górne dziesięć procent promowano, a dolnym dziesięciu procentom wręczano wymówienie. Także bonusy były zależne od miejsca w rankingu.
Co pewien czas odbywały się zebrania – piętra, całego budynku albo działu. Chciało mi się śmiać, kiedy poproszono co ładniejsze koleżanki o sypanie konfetti z balkonów podczas prezentacji i przecinania wstęg. I kładziono do głów, że jest naprawdę świetnie: większe obroty, nowe przedsięwzięcia, nowe oddziały i więcej pracowników. Korporacja była na drodze do podbicia świata. Na każdym pietrze na wielkich telewizorach plazmowych (wtedy kosztowały bodajże dziesięć tysięcy funtów każdy, a trochę ich było) wyświetlano giełdowy kurs firmowych akcji. Do czasu, kiedy rósł. Oczywiście z listów, plakatów czy gazetek bił korporacyjny optymizm.
Wylądowałem swego czasu w głównej kwaterze zaraz przed świętami Bożego Narodzenia. Choinki, bombki, świecidełka – praktycznie wszędzie. I odsłonięcie nowego wielkiego banera zapowiadającego podbicie świata. A dodatkowo – spotkał nas, szarych pracowników, wielki zaszczyt – możemy wjechać na ostatnie piętro budynku gdzie urzęduje szefostwo. Wszyscy byli bardzo podekscytowani, więc pojechałem z nimi. Na samej górze, na piętrze o podwójnej albo potrójnej wysokości – ogromna choinka i... długa do niej kolejka. Pod choinką stał sam dyrektor generalny i z amerykańskim uśmiechem ściskał rękę każdemu z oczekujących. A „nadworny” fotograf robił zdjęcia - każdy może przez chwilę dotknąć szat władcy.
Następnego Bożego Narodzenia w firmie już nie obchodzono tak wesoło: przedsiębiorstwo zbankrutowało i było w stanie likwidacji.
Konkurs dla drogich Czytelników: jak nazywała się ta firma? Wśród prawidłowych odpowiedzi rozlosuję piłeczki tenisowe, folder na płyty i trzy plastikowe kufle ;) Wszystko z logo (które nota bene kosztowało milion dolarów!) bankruta spod czerwonego sztandaru.
Moze Micro$oft, chociaż oni
Moze Micro$oft, chociaż oni chyba wciąż są na rynku, coś słyszałem o ich nowym projekcie "vista vio - bele do pszodu" ;-)
A może Google?
W końcu też słyszałem różne ciekawe rzeczy o nich ;)
A czy ja moge brac udzial w
A czy ja moge brac udzial w konkursie?:)
Czym wieksza impreza Bozo Narodzeniowa tym wieksze szanse ze firma szybko zbankrutuje, lub ze beda zmiany:)
Sam nie wiem
Sam nie wiem. Mam takie dziwne wrażenie, że akurat znasz odpowiedź z moich ust. Więc jeśli tylko chcesz mieć kufelek - to się da załatwić :)
Co do imprezy Bożonarodzeniowej - to akurat nie winiłbym biednej choinki, że wyszło jak wyszło. Co prawda szefostwo było przesłuchiwane przez Senat i akurat twierdzili, że to nie ich wina i niczego nie wiedzą. Ale żeby od razu winić choinkę?
[---dobra odpowiedź---] :) Oczywiscie ze wiem
[---dobra odpowiedź---] :) Oczywiscie ze wiem to bezposrednio od Ciebie:)
Z nagroda prosze sie zjawic na All Hallows:)
Dokladnie tak, jak napisal jack:)
[---dobra odpowiedź---] :)))
Wykropkowałem
Wykropkowałem dobre odpowiedzi, aby innym nie psuć zabawy :)