Podczas mojej niedawnej rozmowy ze znajomą, zapytałem się jak wygląda rynek pracy w Warszawie. Usłyszałem, że całkiem nieźle skoro jej partner – informatyk klasy B – dostał znaczącą podwyżkę i pracodawca zaczął o niego dbać. I w ten sposób spotkałem się po raz pierwszy z określeniem „informatyk klasy B”. Ustaliliśmy, że pod tym określeniem kryje się osoba bez informatycznego wykształcenia, która pracuje w szeroko pojętym zawodzie informatyka. Na pewno posiada wykształcenie średnie, ale z reguły ma wykształcenie wyższe, często magisterskie.
Myślę, że wszyscy znamy takie osoby – zarówno po kierunkach ścisłych: fizyce, matematyce czy astronomii, jak i bardziej humanistycznych: archeologii, polonistyce czy socjologii. Prywatnie znam jeszcze lekarza, który rzucił swoją profesję dla informatyki. I nie wiem jakim był chirurgiem, ale programistą jest naprawdę dobrym. Różne są przyczyny zmiany zawodów – niewątpliwie rynek informatyczny cały czas rośnie i każdy - kto ma choć trochę analityczny umysł – może wkroczyć na ścieżkę informatycznej kariery.Do takiej decyzji przyczynia się także powszechna opinia, że praca informatyka jest dobrze płatna. Dodatkowo, każdemu zdarza się zmienić zainteresowania, a przy takim powszechnym użytkowaniu komputerów i internetu, nie jest trudno znaleźć fascynujący temat – od obróbki zdjęć po sztuczną inteligencję postaci z gier.
Niestety – zmiana zawodu, to także spóźniony start kariery. Często pada wtedy pytanie o – jak ja to nazywam – turbo dopalacze: przyśpieszone kursy Cisco albo Microsoft, które się kończą odpowiednimi certyfikatami. Kursy reklamowane także jako gwarantujące zatrudnienie i dające automatyczną podwyżkę. Prawda jest taka, że certyfikaty te są zaprojektowane dla ludzi mających już doświadczenie. Po prostu same certyfikaty nie są dla pracodawcy przekonywujące, jeśli ktoś nie ma praktyki. Pokazują tylko, że ktoś jest bardzo zdeterminowany i potrafi wkuć na pamięć dużą ilość materiału, ale to nie czyni z takiej osoby dobrego informatyka.
Jeśli już miałbym coś polecać jako dopalacz – to polecałbym normalną uczelnię. Kursy magisterskie trwają pełen rok i z reguły dyplomy z Polski są zaliczane. Są uczelnie, które oferują kursy wieczorowe i w niepełnym wymiarze godzin, więc można rozłożyć naukę na raty. Jedynym miejscem newralgicznym jest wybór uczelni, który może decydować o tym, jak się potoczą rozmowy o pracę.
Niezależnie od tego jakie skończyło się kursy – warto mieć pod ręką coś na kształt portfolio. Swego czasu wylądował u nas na rozmowie Zoli – Węgier, który przyjechał do Londynu po maturze. Historia jakich wiele, chciałoby się powiedzieć. Zaczął studiować na University of Westminster (kiedyś to była raczej zła uczelnia, ale ostatnio ma co raz lepsze notowania) i udało mu się zdobyć licencjata z informatyki. Generalnie to nigdy nie wiadomo czego się spodziewać po takich osobach. Ale gdzieś w CV podał stronę, którą złożył dla jakiejś małej firmy. I się okazało, że kod HTMLa pod spodem jest bardzo „czysty”, zawiera dobrze zaprojektowany CSS, a cała strona nie zawiera błędów semantycznych. Może ktoś się śmiać, że przyjmujemy ludzi na podstawie HTMLa – to nieprawda, są jeszcze testy. Ale ta stronka była jakimś konkretem, od którego można było zacząć rozmowę.
Dlatego też – jeśli tylko myślisz o pokazaniu się pracodawcy – zrób coś konkretnego. Może przyłącz się do jakiegoś projektu Open Source? Albo zacznij odpowiadać na grupach dyskusyjnych. Nawet mały blog z Twoimi codziennymi informatycznymi odkryciami lub problemami może być Twoim silnym punktem w rozmowie.
Wracając do pierwszego akapitu i „informatyka klasy B”, który dostał podwyżkę. Niewątpliwie rynek pracy się poprawił, ale też jest druga strona medalu. „Informatyk klasy B” zaczyna karierę później i dopiero po paru latach doświadczenia przestaje ciążyć jego wykształcenie – wtedy właśnie dostaje poważne podwyżki.
A to dopiero początek. Bo śmiem twierdzić, że „informatyk klasy B” ma większe szanse piąć się do góry niż „A-informatyk”. Z dwóch powodów: determinacji i tzw. soft-skills. Aby się przebić na rynku informatycznym „B-informatyk” musi się wykazać determinacją, a jest to cecha wymagana do pokonywania kolejnych szczebelków na drabince kariery. Po drugie - „A-informatycy” ( i mówię to z pełnym przekonaniem) mają naturalne problemy z komunikacją, zrozumieniem intencji i całym wachlarzem społecznych zachowań. Są po prostu w przerażającej większości geekami. A to powoduje, że wolą pracować z komputerami niż ludźmi i będą raczej się specjalizować w kwestiach technicznych niż menadżerskich.
Tak więc, drodzy „informatycy klasy B”, kariera w informatyce stoi przed Wami otworem, jeśli tylko uda się Wam wejść na pierwszy szczebelek. I mówię to ja – osoba, której żaden z szefów (i szefowych) nie mógł się pochwalić dyplomem z informatyki :)
co to znaczy informatyk?
Jeśli chodzi o ludzi w Polsce to "informatyk" to ktoś począwszy od IT support (wyciągnąć zaciętą kartkę z drukarki), przez "admina" (gość umie zainstalować windows, jak słyszał o linuxie to jest guru) i najczęściej programista - choć tutaj różne są warianty: od kopiowania skryptów PHP do stron WWW, aż do "rasowych" klepaczy w C++, java i innych "prawdziwych" językach. Niestety dramat ten (braku definicji) rozprzestrzeniają poważne instytucje. Sam pracowałem w dużym szpitalu jako... Starszy Informatyk.
Już tłumaczę -
Starszy - zacząłem jako (po prostu) informatyk, starszy tyczy się tutaj stażu ;-)
Informatyk - gość od wszystkiego co nie dotyczy części "białej" od tego są lekarze i pielęgniarki, i nie dotyczy budynków - od tego jest Dział Techniczny. Tak więc któregoś dnia zadzwonił do mnie Pan Ordynator jednego z oddziałów, że właśnie znaleźli.... bombę. Wiadomo, Informatyk to sprytny gość komputer naprawi, sieć skonfiguruje, bombę rozbroi... Zadzwoniłem na Policję, odważny może jestem ale nie głupi. To była atrapa BTW ;-)
Informatycy A i komunikacja
Roznie bywa z ta komunikacja informatykow A i B.
W wiekszosci przypadkow z ktorymi ja sie spotkalem jest zupelnie inaczej niz piszesz.
Z ponad 100'ki osob z mojego roku na uczelni wiekszosc byla bardzo komunikatywna.
Problemy z komunikacja w pracy w duzej mierze zdarzaly sie wlasnie z tymi informatykami klasy B.
Skonczyli jakis tam wieczorowy kurs i specjalizowali sie w 1 dziedzinie informatyki, kiedy klasa A musiala przejsc przez 5 lat studiow gdzie nie tylko uczono C++ ale i filozofii, ekonomii, angielskiego, niemieckiego i paru innych przedmiotow nie koniecznie zwiazanych z informatyka. Do tego dochodzily imprezy ktrocyh sporo bylo wieczorami i w weekendy gdy studiowalo sie dziennie. Ci wieczorowi pracowali w dzien wieczorami uczyli sie...
Do tego dochodza jeszcze kompleksy klasy B i masz zupelnie inne zachowanie niz te o ktorym piszesz.
Trudno w IT byc menadzerem nie bedac technicznym. Zdarzaja sie takie przypadki, ale nie czesto.
Nigdzie nie spotkalem informatyka klasy B ktory bylby managerem...
Geekow bedacyh managerami jest baaaardzo duzo:)
Szefostwo
A propos - twoje poprzednie szefostwo, które zafundowało zwolnienia - to byli informatycy klasy A czy B?
Szefostwo
Klasy Z co najwyzej;-)
Trudno szympansa ktory podczas rozmowy drapie sie po jajach zaliczyc do klasy B;)
Zreszta to nie on fundowal zwolnienia tylko szefostwo - patrz CEO,
ale fakt zostal taki jeden managerem.
Informatycy A i komunikacja
Zgadzam się z Jack'iem. Osób kończących 5 lat studiów informatycznych nawet na polibudzie i praktycznie nie potrafiących się komunikować z otoczeniem innym niż bezdusznymi maszynami jest niewiele. Średnia umiejętności ogólnie nazywanych 'soft skills' jest niewątpliwie mniejsza wśród absolwentów informatyki niż wśród absolwentów humanistycznych wydziałów, zgoda. Ale nawet jeżeli kandydaci na studentów informatyki byli komunikacyjnie bardzo ograniczeni, to okres studiów rozwija ich we właściwym kierunku. Nie chodzi oczywiście o przerobienie introwertyka na ekstrawertyka, tylko o ucywilizowanie.
Informatyk klasy B
Mi osobiście termin 'informatyk klasy B' kojarzy się z kiepskim informatykiem. Tak więc nigdy nie zaliczyłbym wszystkich jak leci nie-absolwentów studiów informatycznych do tej kategorii. Czy absolwent informatyki może być kiepski? Ależ oczywiście! Powiem więcej: nie jeden z nich jest cieńki jak barszcz. Wydawałoby się, że fakt ukończenia tych niewątpliwie trudnych studiów powinien być wystarczająco dużą gwarancją otrzymania bardzo dobrego ostatecznego produktu, ale każdy kto studiował wie jaka jest rzeczywistość.
To, czy ktoś jest dobrym informatykiem czy nie, zależy przede wszystkim od umiejętności, wiedzy i skuteczności w działaniu. Ukończenie studiów informatycznych pomaga, ale według mnie nie jest nawet warunkiem koniecznym bycia dobrym informatykiem. Ale faktem jest również to, że większość dobrych informatyków legitymuje się odpowiednim dyplomem.