Idzie recesja, albo nie idzie. Można by się oto długo spierać. Jednak jest pewne, że czasy są ekonomicznie niespokojne, więc każda decyzja inwestycyjna może być bardzo dochodowa albo stratna.
Przy okazji, w radiowej „Trójce” można usłyszeć wypowiedzi doradców, że giełda jest silnie przeceniona i warto się zastanowić na kupnem akcji. A ja się zastanawiam, czy warto słuchać radiowych doradców z biur maklerskich. Prawda jest taka, że domy maklerskie zarabiają o wiele więcej na giełdowych wzrostach niż na jej spadkach - giełdowe hossy napędzają klientów, są otwierane nowe konta, ludzie przenoszą oszczędności z banków. Doradca nigdy publicznie nie zarekomenduje sprzedaży akcji – po prostu się to nie opłaca. Nie wspomnę już o tym, że prezesi spółek giełdowych także preferują pozytywne rekomendacje. I potrafią zaprosić analityków czy doradców na prywatne spotkania informacyjne – na przykład weekendowe w Krynicy.
Można także usłyszeć z ust doradcy argument, że ceny giełdowy są niskie, gdyż wskaźniki giełdowe stały się bardzo atrakcyjnymi. Jest to oczywiście bardzo naiwny argument – wskaźniki są wyliczane dla faktów z przeszłości. W chwili, gdy nie wiadomo jak zachowają się inwestorzy – mają one znaczenie niewielkie. Dobrym przykładem są spółki budowlane i deweloperzy – w chwili recesji, atrakcyjne giełdowe wskaźniki nie uchronią ich przed upadkiem albo konsolidacją, jeśli się okaże, że firmy przeinwestowały.
Często na forach można przeczytać oburzone wypowiedzi drobnych inwestorów, że doradcy i analitycy doradzali kupowanie rok temu, pół roku temu czy trzy miesiące temu; a nikt ich nie przestrzegł przed spadkami! Ale właściwie kto miał ich ostrzec? Ten biznes działa dobrze tylko w przypadku hossy, więc nikt nie krzyknie, że król jest nagi.